Sunday, March 2, 2014

Jerozolima w lutym


Kilka dni ferii zimowych postanowiliśmy spędzić w Jerozolimie. Końcówka lutego to świetna pora, by zmienić klimat na cieplejszy. Poza tym akurat nie przypadają na ten czas żadne lokalne święta, przynajmniej w tym roku. Tym razem oprócz tradycyjnego opisu lotu przekażę kilka praktycznych informacji dotyczących samej Jerozolimy, które mam nadzieję okażą się przydatne dla planujących odwiedzenie tego fascynującego miasta.



Jeszcze w listopadzie kupiłem bilety do Tel Awiwu. WizzAir lata tam dwa razy w tygodniu. LOT lata częściej, ale nie miał wtedy ciekawej promocji. Poza tym ma bardzo niewygodną porę lotu powrotnego - bladym świtem, co oznaczałoby, że trzeba się przygotować na spędzenie nocy na lotnisku. Za oba bilety zapłaciłem  ok. 1300 zł. Wylatujemy w sobotnie (22.02) popołudnie (15:30) z Warszawy, co oznacza, że na miejscu będziemy ok. godz. 20:00. Przy czym należy pamiętać o różnicy czasu (+1 w stosunku do Polski).


Do lotniska dojeżdżamy autobusem miejskim. Bardzo sprawna kontrola. Po prostu najwyraźniej chyba jeszcze nie trafiliśmy na lotniskową rush hour. Co ciekawe, w ferworze wydarzeń nie wyciągnęliśmy z bagażu torebek z kosmetykami. Wszystko przeszło przez skaner, nikt nie zwrócił uwagi, nawet na maszynkę do golenia. Po raz pierwszy na Okęciu przechodzimy do części terminala oddzielonego od reszty bramkami kontroli paszportowej. No tak, w końcu wylatujemy poza UE. Nikt ze straży granicznej nie zadaje żadnych pytań. Przy terminalu na pasażerów czekają samoloty Emirates i Qatar Airways.



Lotniskowe wi-fi do chrzanu
Samolotu WizzAir nie widać, ale wiadomo - ten stoi ładny kawałek stąd na płycie lotniska. Ciekawostka - w strefie non-schengen stoi automat z napojami, które są o wiele tańsze niż te w lotniskowych sklepach. Zamiast 13 zł za półlitrową colę, tu w automacie można kupić pepsi i inne napoje za 5 zł, a do tego zapłacić zbliżeniową kartą. Niestety w strefie non-Schengen bardzo słabe lotniskowe wi-fi. Szkoda gadać. Po odebraniu kodu dostępu do wi-fi z automatu wystarczyło odejść kawałek, by połączenie zostało zerwane, sygnał zanikał.

 Lot nr W6 1559 na lotnisko Ben Gurion ma rozpocząć boarding o godzinie 15:00. Nie ma sensu ustawiać się na początku kolejki jeśli i tak schodzimy najpierw do autobusu. Przy wejściu do rękawa (którym schodzi się do autobusu) stoją dwaj żołnierze izraelscy i lustrują wzrokiem pasażerów. Co prawda mają na rękawach naszywki lotniska, ale mundury mają zupełnie inne niż nasza straż graniczna. Później faktycznie takie mundury zobaczymy też w Izraelu. Jeden z pasażerów zostaje cofnięty, ponieważ jego paszport jest ważny jeszcze przez 5 miesięcy, podczas kiedy przy wjeździe do Izraela paszport musi być ważny pół roku. Facet mógł zaryzykować, ale słusznie zwrócili mu na to uwagę. Ostatecznie chyba nie poleciał, bo nie widziałem potem na pokładzie jego charakterystycznego różowego sweterka.

"Ometkowanie"
Chyba z kwadrans czekaliśmy na całkowite załadowanie autobusu. Nie wiem, być może tam na górze jeszcze ktoś negocjował lot. W każdym razie taśma dla pasażerów, którzy wykupili sobie priority boarding przywodzi na myśl skojarzenia z segregacją autobusową na południu USA :) Po czym ma ona sens jedynie przy zejściu rękawem bezpośrednio do samolotu. W przypadku podjazdu autobusem ten cały podział mija się z celem - kiedy otwierają się drzwi autobusu pod samolotem wszyscy i tak rzucają się w kierunku schodów, nawet przechodząc pod tasiemką.

"Autobusowa segregacja"
Dojeżdżamy autobusem do samolotu o numerze rejestracyjnym HA-LPR. To airbus A320 charakterystyczny dla floty WizzAir. Wcześniej przyleciał do Warszawy ze Sztokholmu (Skavsta). Mijamy po drodze zupełnie biały samolot Airbus A320 o numerze SP-HAE. To maszyna należąca do czerterowego przewoźnika Small Planet Airlines. Zajmujemy miejsca w rzędzie 10 po prawej stronie. Jak się potem okaże, samolot nie był na tyle wypełniony, by nie znaleźć tu i ówdzie pojedynczych miejsc wolnych. W każdym razie my mieliśmy jedno wolne miejsce w naszym "trójfotelu".




Zanim ruszyliśmy minęło 35 minut od planowego startu. Nie wiem, o co poszło, ale do końca jakiś mężczyzna próbował na swoim tablecie pokazać kartę pokładową obsłudze. Ostatecznie jego matka miała w torebce wydrukowane karty. Jak tłumaczył potem kapitan, że opóźnienie jest spowodowane późnym przylotem samolotu przy poprzednim rejsie, ale coś mi się nie chce wierzyć. W końcu na pokład weszliśmy niewiele po czasie. Zapowiedział, że będziemy lecieć 3 i pół godziny. Damska obsługa pokładu. Kapitan Marek Rogala odezwał się dopiero po ok. 90 minutach od startu. Poinformował o wysokości przelotowej 11 tys. metrów oraz prędkości 840 km/h, a także że właśnie przelatywaliśmy nad Morzem Czarnym i przestrzenią powietrzną Bułgarii. Rosyjskojęzyczne pasażerki siedzące za nami chyba w nadmiarze skorzystały z alkoholu z oferty pokładowej, bo całą ostatnią godzinę przed lądowaniem przegadały głośno i prześmiały się w niebogłosy.


No i kołujemy...

Jakieś 50 minut przed planowanym lądowaniem przelatujemy nad jakąś wyspą. Czyżby Cypr? Raczej za mały. Bardzo ładnie wyraźnie widać jej kontury za sprawą linii brzegowej otoczonej latarniami oświetlającymi drogi. Lądujemy jako jeden z ostatnich samolotów. Wychodzimy przez rękaw do terminalu nr 3. Oczywiście od początku człowiek styka się z trójjęzycznymi oznaczeniami - po hebrajsku, arabsku i angielsku. Bardzo proste oznaczenia prowadzące do kontroli paszportowej. Zresztą droga do niej prowadzi wzdłuż bardzo ładnego zejścia - z lewej strony przeszklona ściana, z prawej strony rosnąca ściana z kamienia piaskowego, z którego zbudowana jest cała stara Jerozolima. Przypomina też trochę ścianę płaczu.

Picture by Daniel Escher
 Oprócz nas w hali przy budkach kontroli paszportowej są jeszcze Skandynawowie i Azjaci z samolotu SAS, który wylądował mniej więcej w tym samym czasie. Okienek do kontroli paszportowej jest ponad 20, ale otwartych jest mniej niż 10. Ustawiają się do każdego z nich długie ogonki. Niektóre posuwają się do przodu szybciej, inne w ślimaczym tempie. Widać, że to już koniec pracy na dziś dla kontrolerów. Radzę obserwować rozwój sytuacji, bo nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w dowolnym momencie zmienić kolejkę. My ustawiliśmy się za grupą norweskich studentów, ale potem zmieniliśmy ogonek na inny. Widać jednak było, że pracownicy lotniska mieli już dość i stopniowo zaczynali otwierać dodatkowe okienka, by rozładować kolejkę. W międzyczasie pewną wesołość wywołała operacja uratowania balonika z helem, które jakieś dziecko musiało wypuścić z rąk. Pracownik lotniska, który tyczką sprowadził balonik na ziemię, zebrał brawa. Ostatecznie jednak opuszczaliśmy tę część lotniska jako jedni z ostatnich. Do okienka podeszliśmy razem. Pani zajrzała w karty pokładowe i paszporty, zapytała, po co przyjechaliśmy, czy jesteśmy razem i czy będziemy zwiedzać tylko Jerozolimę. Po czym oddała nam paszporty. Nie pytała ani o pieniądze, ani o miejsce pobytu, hotel czy planowany czas pobytu. Tu ciekawa uwaga - jeśli ktoś obawia się izraelskiego stempla w paszporcie, który może uniemożliwić kiedyś podróż do kraju arabskiego - nie lękajcie się. Zamiast stempla z gwiazdą Dawida wjeżdżający dostają karteczkę, która jest odpowiednikiem wizy i którą trzeba zachować do wylotu. Kontrolę przeszli wszyscy, jedynie jakaś parka z Rosji czy Ukrainy została cofnięta, ale to również może ze względu na krótszą ważność paszportu. Who knows...

Pod nami Tel Awiw
 W kolejce straciliśmy 50 minut. Tyle minęło od wylądowania naszego samolotu. No to teraz biegiem przez halę przylotów. Wszystko dość dobrze oznaczone - do wyboru albo taxi albo shuttle bus (by nasher). Stoją tuż przy wyjściu z hali przylotów. Białe amerykańskie vany. Ale też taksówka jest o wiele droższym rozwiązaniem. Jest już prawie 21:30. Nie zamierzamy bawić się o tej porze w jakieś łączone autobusy miejskie.
Picture by blogs.cie.utoronto.ca
Na pasażerów oczekują jeszcze 2 busy. Każdy z nich musi zapełnić się w całości (10 pasażerów) zanim ruszy do Jerozolimy. Plusem tej całej sytuacji jest to, że kierowca podwiezie nas bezpośrednio do hotelu. Pyta wszystkich pasażerów o nazwę hotelu, po czym jedzie tak, by wszystkich po drodze po kolei rozwieźć. Koszt kursu nie różni się w zależności od hotelu i jest stały = 64 szekle albo 20 dolarów od osoby. Chwilę czekaliśmy jeszcze na pasażera, który dopełnił dziesiątki zanim ruszyliśmy. Lotnisko Ben Guriona jest zlokalizowane na wschód od Tel Awiwu, a więc nie trzeba przejeżdżać całego miasta, by wyjechać w stronę Jerozolimy. Odległość wydaje się tylko trochę większa od dystansu między lotniskiem w Modlinie a centrum Warszawy. Zresztą kierowca mówił, że to ok. 40 minut. Faktycznie pod hotelem byliśmy ok. 22:30.

Musiałem tradycyjnie coś jeszcze o tak późnej porze zjeść, przy czym głęboko wierzyłem, że jeszcze uda mi się coś kupić na ulicy. Nie pomyliłem się. Niedaleko hotelu, nieopodal Bramy Damasceńskiej natrafiliśmy na otwarty przybytek z tutejszym fastfoodem, a więc falafel albo shawarma. To był nasz pierwszy jerozolimski falafel w dodatku kupowany u arabskich sprzedawców, bo nasz hotel zlokalizowany był na północ od Starego Miasta a to już dzielnica arabska - Wschodnia Jerozolima. Co prawda na warunki higieniczne lepiej spuścić zasłonę milczenia - falafele zostały przyrządzone gołymi dłońmi - ale potem okaże się to w tym mieście normą, przynajmniej po tej stronie. Przy okazji zaliczyliśmy bardzo fajne pierwsze wrażenie - byliśmy tutaj pewnie w tej chwili o tej późnej porze jedynymi Europejczykami. Nikt nas nie okradł, nikt nie oszukał, nie pobił, dostaliśmy, czego chcieliśmy. A więc to wszystko tkwi tylko w naszych głowach... Ten falafel zapamiętamy na długo. 7 szekli za sztukę to też - jak się później okaże - niezła cena. Kolejne miłe zaskoczenie, wszędzie tutaj można dogadać się po angielsku.

Kilka ciekawostek, praktycznych informacji, które mam nadzieję okażą się praktyczne dla wszystkich planujących zwiedzanie Jerozolimy. Sprawdzone na własnej osobie.

PIENIĄDZE

Sugeruję zabrać jedynie kilkaset szekli, tak by starczyło na początek, np. na transport z lotniska, a resztę pieniędzy w euro albo dolarach. W mieście - i w starej i w nowej części, np. wzdłuż Jaffa Rd. - co krok można znaleźć kantory (wyraźnie oznaczone - change). Uwaga - nie we wszystkich widocznie wyeksponowane są kursy. Możemy albo zapytać kasjera, albo po prostu położyć gotówkę do wymiany w okienku. We wszystkich, w których wymienialiśmy dolary na przestrzeni kilku dni, obowiązywał ten sam kurs 3,5 szekli za jednego dolara. Nie warto wymieniać pieniędzy na lotnisku albo na stacji autobusowej Central Bus Station. Biorą tam prowizję, w efekcie dostaniemy mniej pieniędzy niż w mieście.

Google translator w akcji - kantor na Starym Mieście
Jerozolima i Izrael w ogóle są cholernie drogie. Na żywienie się można jeszcze znaleźć ciekawy niedrogi sposób, ale proszę nie nastawiać się na zakupy np. odzieży. Co prawda potem można na lotnisku odzyskać podatek, ale ceny i tak są kosmiczne. Jeśli już planujemy zakupy, radzę zostawić pieniądze na sklep duty free na lotnisku - tamtejsze ceny są naprawdę przyjemne. Tańsze kosmetyki, o wiele tańszy alkohol (Absolut albo Finlandia 1,75 litra za 35$, Absolut Kurant 1 litr za 25$, czerwony Johnny Walker 1 litr 15$). Ale to zostawmy na drogę powrotną...

JEDZENIE

Check out the sign in Polish :)
Będąc przez kilka dni w Jerozolimie można spokojnie skupić się na tzw. street food. Choć podstawą wyjścia w miasto powinno być solidne śniadanie w hotelu. Akurat jeśli chodzi o to - hotele mają naprawdę bogate i urozmaicone bufety śniadaniowe. Co do street food, oczywiście króluje falafel i shawarma. Ceny w zależności od miejsca 7, 10 albo nawet 15 szekli za falafel. Za shawarme od 17 szekli w górę. Oczywiście najdrożej na starym mieście wzdłuż uliczek najbardziej uczęszczanych przez turystów. Moja wskazówka: najtańsze falafele dostępne są w arabskiej części starego miasta od wejścia przez Bramę Damasceńską wzdłuż El-Wad biegnącej równolegle do Murów Wzgórza Świątynnego i w małych uliczkach, które prowadzą do zamkniętych dla nie-muzułmanów przejść na Górę Świątynną. Innym miejscem są wspominane przez nas lokaliki w pobliżu małego dworca autobusowego oraz targu owocowo-warzywnego na zewnątrz Bramy Damasceńskiej.

Przygotujmy się na to, że falafel przyrządzany będzie gołymi rękami. W ciągu kilku dni tylko raz widziałem posiłek przygotowany z użyciem jednorazowej rękawiczki. Był to sok wyciskany z granatów (pycha). Średni kubek to koszt 10-15 szekli.


Alternatywnie do najedzenia się polecam targowisko Mahane Yehuda Market. To naprawdę niesamowity bazar ze słodyczami, pieczywem, ciepłymi daniami, mięsem, rybami, bakaliami, owocami i warzywami. Można więc tu zjeść praktycznie ze straganów cały obiad, skorzystać z deseru i poprawić wszystko owocami. Ceny są w tym wypadku bardzo bardzo znośne. Zresztą zaopatrują się tu masowo mieszkańcy miasta. Na targ można dojechać tramwajem (light rail line) - przystanek Mehane Yehuda - ale można też spokojnie przespacerować się wzdłuż deptaku Jaffa Road.

Królestwo chałwy

Na wieczór polecamy bardzo przyjemny lokalik, który mieści się w małej uliczce będącej zagłębiem takich barów - odbiega od Jaffa Road, ale można także w nią wejść od strony centrum handlowego Mamilla Mall idąc w górę ulicą Hamalka. Happy hour trwa tu do 22:00, co ważne, bo zwykle za kosztujące 30 szekli lokalne piwo Goldstar zapłacimy połowę. Do tego za darmo szisza.

Jeszcze jedna uwaga co do cen. Nie tylko na bazarach, ale nawet w sklepach nie ma oznaczeń cen. Można je więc uznać za umowne. Ale o ile w sklepach trudno się targować, na wszelkich straganach - czy to z jedzeniem czy pamiątkami - warto i trzeba. I nie ma w tym przesady, bo można naprawdę dzięki temu zaoszczędzić masę pieniędzy. Zwłaszcza, że cena wyjściowa jest zwykle "z d... wzięta" i nie ma żadnego uzasadnienia. Powstaje chyba tylko w głowie handlarza w momencie, kiedy zobaczy klienta i zlustruje go pod względem możliwości finansowych.

PORUSZANIE SIĘ PO MIEŚCIE
Tramwaj pt. "studnia bez dna" - budowa linii kosztowała krocie
 Stare miasto można oczywiście przejść całe na piechotę wzdłuż i wszerz. Mimo wszystko radzę mieć ze sobą mapę, ponieważ wbrew pozorom łatwo się w tych małych uliczkach zgubić. W chwili wątpliwości warto poruszać się w kierunku grup wycieczkowych albo trzymać się tych bardziej tłocznych uliczek. Przygotujmy się na nagabywanie, zapraszanie do środka sklepu, zachęcanie do kupna. Nie jest to jednak zjawisko natarczywe i niebezpieczne.

Można skorzystać z usług przewodnika, który oprowadza za napiwki (2 godziny) i wyrusza spod bramy Jaffa Gate (strona zewnętrzna) dwa razy dziennie. Przewodnik trzyma tabliczkę free tours, a dokładne godziny rozpoczęcia wycieczek można uzyskać w biurze informacji turystycznej, które znajduje się przy Jaffa Gate, ale po stronie wewnętrznej.

Jerozolimscy kierowcy bardzo ochoczo nadużywają klaksonu. W celu ostrzeżenia, w celu wyrażania zniecierpliwienia albo w celu pozdrowienia. Taksówkarze będą trąbić na Was w celu zwrócenia na siebie uwagi i zaoferowania swoich usług. W efekcie wszyscy trąbią na wszystkich.

Jeden z przystanków tramwajowych
Co do poruszania się wzdłuż Jaffa Road i przyległych uliczek polecam spacer piechotą. Przystanki tramwajowe są zlokalizowane dość gęsto, tak więc naprawdę szkoda pieniędzy na przejazdy (6,90 szekli za jednorazowy bilet ważny 60 minut). Dopiero po stacji tramwajowej przy dworcu Central Bus Station odległość między przystankami mocno się zwiększa. Tak więc np. do Yad Vashem radzę już skorzystać z podwózki tramwajem. Bilety kupuje się w automatach na przystankach tramwajowych. Od razu kasujemy je po wejściu do tramwaju. Automaty, oznaczenia tramwaju i przystanków w trzech językach. Może mieliśmy pecha, ale w dwóch automatach, w których kupowaliśmy bilety, automat przyjmował jedynie banknoty 20. Tak więc warto mieć przygotowane drobniejsze albo bilon.




BEZPIECZEŃSTWO

Duże wrażenie zrobili na mnie nie tyle chasydzi, na których napatrzyłem się na Brooklynie, czy też zakryte chustami kobiety, co grupy młodzieży żydowskiej w mundurach, pojawiających się tu i ówdzie, z karabinami na ramionach. Wyglądali czasem, jakby dopiero co skończyli szkołę średnią. Drugie ciekawe zjawisko to bramki wykrywające metal przy wejściu do urzędów, centrów handlowych i zabytków. Przy czym zauważyłem pewną fikcję tego rozwiązania. W jednym z centrów handlowych strażnik zupełnie nie zwracał uwagi na ludzi przechodzących wejściem obok bramki, albo też na dźwięk alarmu.

PRZEJŚCIE NA WZGÓRZE ŚWIĄTYNNE


Jak się okazało dla nie-muzułmanów jest możliwe tylko w godzinach porannych poprzez specjalną rampę dla turystów od strony Dung Gate - tam gdzie jest wejście na plac przed Ścianą Płaczu.
Ściana Płaczu jest faktycznie podzielona na część dla mężczyzn (większa, a jakże!) i dla kobiet. W niedzielny poranek było tam dość luźno. Przed wejściem na plac przed Ścianą Płaczu jest pokaźny pojemnik z białymi jarmułkami. Przed podejściem do muru każdy mężczyzna powinien mieć taką kippę na głowie. Można ją zwrócić albo zachować na pamiątkę. Nic nie kosztuje. Można także poprosić o karteczkę do zapisania swojej modlitwy albo intencji.

VIA DOLOROSA

Droga Krzyżowa jest bardzo dobrze oznaczona, podobnie jak każda ze stacji. Rozpoczyna się w części arabskiej Starego Miasta (wejście od Lion's Gate - można połączyć z wcześniejszym zwiedzeniem Góry Oliwnej i Ogrodu Getsemani). Via Dolorosa kończy się w Bazylice Grobu Pańskiego, gdzie leży płaski głaz, na którym według wierzeń złożono ciało Chrystusa.

BETLEJEM (BETHLEHEM)
A tu takie hece. Ciekawe czy SBUX wie o tej "filii"...

Postanowiliśmy wybrać się w poniedziałkowy ranek do Betlejem. To już po palestyńskiej stronie. Wyjazd można sobie z powodzeniem zorganizować samodzielnie. Na stronę palestyńską jeżdżą biało-niebieskie autobusy ze stanowisk w okolicach Bramy Damasceńskiej (na zewnątrz murów starego miasta).


Tutaj uwaga - pierwszy z brzegu bus nr 24 oznaczony jako Bethlehem (Checkpoint 300) jedzie tylko do granicy. Należy skorzystać z autobusu oznaczonego numerem 21 kilka stanowisk dalej. Ten wjeżdża na terytorium palestyńskie i kończy kurs właśnie w Betlejem. Autobusy podjeżdżają i odjeżdżają co chwilę. Kurs w jedną stronę to 8 szekli. Dobrze trafić na autobus oznaczony 21X. To przyspieszony autobus, który nie zatrzymuje się już po drodze na pośrednich przystankach w Jerozolimie. Takim właśnie wracaliśmy, lecz w stronę Betlejem jechaliśmy "zwykłą" 21. W efekcie cała podróż trwała ok. 60 minut, ponieważ autobus niczym miejski środek transportu zatrzymywał się co chwilę na przystankach w obrębie Jerozolimy. Widok kilkoro współpasażerów o europejskim wyglądzie utwierdzał nas w przekonaniu, że jedziemy w dobrym kierunku.

"Mój dom murem podzielony..."

Wzdłuż trasy widać mur oddzielający terytorium Izraela od strefy arabskiej, a także czerwone tablice z napisami głoszącymi, że obywatele Izraela mają zakaz wjazdu na teren Palestyny. Autobus kończy bieg w Betlejem. Od razu obskoczą Was lokalni taksówkarze, którzy będą chcieli podwieźć Was do Kościoła Narodzenia za 15 szekli, pokazując na mapie pokaźną odległość od kościoła. Trudno się dziwić, że chcą zarobić na turystach - biedę naprawdę tutaj widać. Faktycznie jednak tam, gdzie taksówka może przejechać po łuku wokół centrum miasteczka (3km) na piechotę i za darmo można przejść skrótem.


Mapa miasteczka sprytnie schowana za dostawczakami
Wystarczy po wyjściu z autobusu skierować się prosto do pierwszego skrzyżowania, a następnie skręcić w lewo i rozpocząć podejście pod bardzo stromą uliczkę (Pope Paul VI St.). To prosta droga do Kościoła Narodzenia, a o wiele ciekawsza niż przejazd taksówką. Ponieważ prowadzi przez handlowe centrum miasteczka i wąskie uliczki starego miasta, a tam taksówka nie wjedzie. W pewnym momencie "mieliśmy serce w przełyku, lecz nic nam się nie stało". Byliśmy jedynymi turystami, którzy wybrali tę drogę i czuliśmy się nieco nieswojo. Jeśli mogę coś doradzić to by kobiety miały zakrycie głowy.

Przed Kościołem Narodzenia ogromny plac, który w sezonie turystycznym zapełnia się pielgrzymami. Po lewej stronie placu jakiś rządowy budynek palestyński z informacją turystyczną, księgarnią i centrum kulturalnym. Kiedy zajrzeliśmy do środka, miła Pani zapytała skąd jesteśmy, po czym odpowiedziała " You are wolcome!". Te słowa usłyszeliśmy podczas naszego pobytu jeszcze kilkakrotnie.

Przed wejściem do kościoła zostaniecie zaczepieni przez przewodników, którzy zaoferują Wam odpłatny tour po kościele. Można w ten sposób zaoszczędzić czas oczekiwania w kolejce do Groty Narodzenia. Decyzja powinna zależeć od długości ogonka. Akurat my trafiliśmy na dość krótką kolejkę, więc nie skorzystaliśmy z oferty. Przed nami były może trzy zorganizowane grupy z trzech różnych krajów. Podpięliśmy się pod wycieczkę z Polski. W sumie na wejście do groty czekaliśmy może z 45 minut. Sam kościół jest bardzo zaniedbany. Właśnie remontowany był dach, a remont finansuje rząd Palestyny, który i tak pewnie nie cierpi na nadmiar grosza. Moim zdaniem Kościół rzymsko-katolicki mógłby się zrzucić jedną niedzielną tacą na odrestaurowanie tego miejsca.

Wracamy tą samą drogą. Akurat złapaliśmy już prawie odjeżdżający autobus. Znów 8 szekli za osobę i jedziemy. Na punkcie granicznym kontrola. Część pasażerów karnie opuszcza autobus (może tylko Arabowie?). My i inni pasażerowie zostajemy na miejscach. Do autobusu wchodzi dwóch żołnierzy. Przechodzą się wzdłuż autobusu. Nawet nie sprawdzają naszych paszportów, które przygotowaliśmy otwarte do kontroli. Zapytali tylko skąd jesteśmy. Opuścili autobus, po czym weszli do niego oczekujący na zewnątrz pasażerowie.

WYCIECZKA DO YAD VASHEM

Proponuję dojazd tramwajem do przystanku Mount Herzl. Po przejściu na drugą stronę ulicy (oznaczenie ze strzałką Yad Vashem) jest przystanek z darmowym shuttle busem, który jedzie na teren muzeum. Dystans jest jednak tak śmiesznie krótki, że warto przespacerować się alejką prosto na plac przed wejściem do muzeum.Wstęp wolny. Plecak należy zostawić w szatni przy wejściu. Przygotujcie się na szkolne wycieczki, które w miejscach typu stołówka czy ogólnodostępne place będą robić dużo hałasu.

DOJAZD Z JEROZOLIMY NA LOTNISKO
Central Bus Station w Jerzolimie. Taksówkarz będzie Was chciał skasować 200 NIS. A co! Autobus kosztuje 25.
Jak się okazało, nie jest on wcale taki prosty. My wybraliśmy dojazd autobusem z Central Bus Station. Ale warto wiedzieć kilka rzeczy. Zapytany w taksówce o koszt kursu kierowca sypnął 200 szekli. Gruba przesada... Bilet autobusowy na lotnisko kosztuje 25 szekli. Można go kupić albo w kasie biletowej (3. piętro budynku dworca) albo bezpośrednio u kierowcy.


Miejsce przesiadki na autobus nr 5 tuż przed bramami lotniska.
Autobus w stronę lotniska odjeżdża co pół godziny ze stanowiska 18. Numer autobus to 947. Ale tu uwaga! Autobus jedzie w kierunku lotniska, ale na samo lotnisko nie wjeżdża. Na szczęście kierowca oraz komunikaty oznajmiają odpowiedni moment ("Ben Gurion Airport"), kiedy należy wysiąść. Z tego miejsca należy następnie wziąć autobus nr 5, który jedzie już bezpośrednio do terminali, a podjeżdża co chwilę - elektroniczny rozkład jazdy na przystanku służy pomocą. Kupiony wcześniej bilet służy jako bilet przesiadkowy. Po drodze jeszcze kontrola autobusu tuż przed wjazdem na lotnisko w wykonaniu uzbrojonego żołnierza. Potem wysiadamy przed terminalem 1. Już na wejściu pytanie o cel podróży, ale potem poszło nadspodziewanie gładko. Tyle się naczytałem o tych kilkugodzinnych kontrolach i przepytaniach. Tymczasem tutaj sprawdzono jedynie nasze dokumenty - paszport i karteczkę będącą odpowiednikiem wizy, którą dostaliśmy na wjeździe. Padły jedynie pytania, gdzie lecimy, czy to nasz bagaż, gdzie był w trakcie naszego pobytu i kto go pakował. Następnie naklejono nam kod kreskowy z numerem na paszport, być może z oznaczeniem ryzyka, jakie ze sobą niesiemy. Potem jeszcze jedna kontrola dokumentów i kart pokładowych, następnie kontrola paszportowa, podczas której zamiast stempla w paszporcie dostaliśmy tym razem różową karteczkę oznaczoną napisem "exit permit", potem szybki skaner bagażu i... po wszystkim. Choć na dole widzieliśmy, jak jednej z zakonnic trzepano zawartość walizki.

DROGA POWROTNA



O tej porze odlatują stąd samoloty WizzAir do Katowic i Warszawy. W ogóle ten terminal został przeznaczony dla tanich linii i wydaje mi się, że służy także do rozładowania kolejek do kontroli bezpieczeństwa. Z tego terminala nie odlatują bowiem żadne samoloty. Zamiast tego co 20 minut odjeżdża stąd autobus, zawożący pasażerów do międzynarodowego terminalu 3. Jeśli więc chcecie uniknąć stania w kolejkach do kontroli na jednym z większych i bardziej obłożonych terminali, być może warto odprawić się w terminalu 1 zamiast bezpośrednio w terminalu 3. Mam nadzieję, że tak można. W drodze między terminalem 1 i 3 mijamy ogromnego B747 linii El-Al i kilka innych mniejszych samolotów tego izraelskiego przewoźnika. Zauważyłem także niemieckiego rządowego airbusa - tego dnia do Tel Awiwu przyjechała Angela Merkel (25.02.2014). Musiało być świeżo po przywitaniu, bo przy samolocie stał jeszcze bukiet flag izraelskich i niemieckich.




W terminalu naprawdę jeszcze raz polecam sklepy duty free. Nie tylko kosmetyki i alkohol, ale także oddzielne sklepy z odzieżą sportową i elektroniką. Ceny w dolarach amerykańskich, ale można płacić także w euro, CHF i szeklach. Nawet w ramach jednych zakupów można skorzystać z zapłaty kilkoma walutami. Kasjer odpowiednio podliczy należność. Może to być dobra okazja do pozbycia się nadmiaru szekli w bilonie. W terminalu jest także food court. Tam z kolei ceny w szeklach i jeśli zapłacimy inną walutą, resztę dostaniemy właśnie w szeklach. Wokół centralnie zlokalizowanej fontanny jest także kilka stanowisk z kawą i przekąskami. Od fontanny odchodzą niczym promienie słońca korytarze do gate'ów.
Balonik, a za oknem B747 Delty

W oczekiwaniu na nasz samolot rejs W6 1560 przeszliśmy jeszcze wzdłuż naszej części terminalu (C). Kilka godzin po naszym odlocie wystartują stąd czekające już na pasażerów samoloty Delta B747 do NYC i USAir do Filadelfii. W rozkładzie rejsów WizzAir jest jeszcze dziś wieczorem Budapeszt. Nasz samolot przylatuje o 20:10, choć o tej godzinie planowany był boarding. Wejście do samolotu rozpoczyna się o 20:30. Do maszyny schodzimy rękawem. Znów zajmujemy miejsce w 10 rzędzie (DEF). Jak się później okaże tym razem samolot znów nie jest pełny. Tu i ówdzie są pojedyncze wolne miejsca. A przy wyjściu awaryjnym nawet pełne puste rzędy. Nasz samolot sąsiaduje przy terminalu z samolotem linii Uzbekistan Airlines (rejs do Ufy), a potem także kołując, minęliśmy Turkish Airlines. Zanim jednak weszliśmy na pokład jeszcze może z 5 minut staliśmy w rękawie. Być może załoga nie zdążyła posprzątać pokładu. Za nami usadowiła się parka z małą dziewczynką, która zaczęła hałasować. Zanim jednak powzięliśmy decyzję o zmianie fotela (w grę wchodził jeden z ostatnich rzędów), dziewczynka zasnęła krótko po tym, jak samolot wzbił się w powietrze. Ruszyliśmy o 21:10, czyli kwadrans po czasie. Po starcie z lotniska samolot długo leciał na północ wzdłuż oświetlonego izraelskiego wybrzeża. Jak nam powiedział później kapitan Krzysztof Kosiński lecieć mieliśmy 3 i pół godziny. Odezwał się kiedy przelatywaliśmy nad Ankarą na wysokości  11 tys. m i przy prędkości 850 km/h. Zapowiedział, że po wylocie z Izraela i przeleceniu nad Cyprem będziemy lecieć nad Morzem Czarnym, Rumunią i Lwowem, po czym wejdziemy w polską przestrzeń powietrzną na wysokości Lublina. W Polsce 2 stopnie. Niezła odmiana po co najmniej 20 stopniach w Jerozolimie.
Kolega WizzAir do Budapesztu?

Podczas lotu skorzystałem z oferty pokładowej, kupując dwie kanapki (w sumie 8 euro). Nie można płacić kartami electron, a i z kredytowymi może być kłopot. W moim wypadku ze względu na zabezpieczenia transakcja nie przeszła. Panowie z obsługi powiedzieli, że transakcje odbywają się w trybie offline i czasem tak się dzieje, ale w takim wypadku transakcja jest po prostu autoryzowana podpisem. Lądujemy o 23:50 polskiego czasu. Mimo że nadlecieliśmy od południa, samolot zawinął nad Warszawą i wylądował od północy. To chyba ostatni przylot tego dnia w Warszawie. Oczywiście samolot parkuje kawał drogi od terminalu i musimy do niego dojechać jeszcze autobusem. Potem jednak szybkie przejście przez kontrolę paszportową i hyc do taksówki.

Polecam samodzielny wypad do Jerozolimy. Jeśli macie jakieś pytania, śmiało piszcie, a postaram się na nie odpowiedzieć.


Thursday, January 16, 2014

Brussels Airport presents its new brand and logo!



Niby taki "niskokosztowy" pomysł, a jaki ciekawy efekt. I jak wciąga...

Saturday, December 14, 2013

WestJet Christmas Miracle: real-time giving




A gdyby tak w Locie? Nie mówię, że za pieniądze podatników, ale np. we współpracy z partnerami-sklepami z Okęcia.

Wednesday, December 4, 2013

Lot BCN-CDG-WAW

Trzy dni później wracam z Barcelony do Warszawy przez Paryż. Check-in online możliwy jest 30 godzin przed lotem. Tym razem już nie muszę się spieszyć, więc walizka może spokojnie powędrować do luku bagażowego jako checked-in luggage. Odprawiłem się więc intenetowo z opcją wydrukowania kart na lotnisku, bo potrzebuję je do rozkiczenia wyjazdu. Miejsca zostały przydzielone z automatu, ale podczas internetowej odprawy można je sobie zmienić, co też uczyniłem sadzając ludzika przy oknie na obu odcinkach podróży.

Na lotnisko tym razem wybrałem się aerobusem. To bardzo niedroga i sprawna opcja. Działa przez 365 dni w roku. Autobusy odjeżdzają co 5 minut z Placa de Catalunya. Trudno przegapić, mają własne stanowisko odjazdów po stronie domu handloweg El Corte Ingles. Autobus jedzie na lotnisko 35 minut, ale w naszym przypadku był chyba 10 minut przed czasem, musiał tylko wyjechać z centrum, a potem już pomknął w stronę El Prat. Zatrzymuje się jeszcze po drodze przy Placa de Espanya. Dzięki dużej częstotliwości kursów w środku nie ma tłoku, za to praktyczne półki na bagaż. Nie jest to autobus miejski. Koszt przejażdżki to 5,90€ w jedną stronę, kupując w obie można zaoszczędzić parę groszy. Bilet kupuje się u kierowcy, jeśli płacimy gotówką. Jeśli kartą - na przystanku jest odpowiednia maszyna z biletami. Trzeba tylko pamiętać, by sprawdzić, na który terminal jedzie dany autobus, bo jeżdżą oddzielnie na T1 i T2.

Jest jeszcze opcja dojazdu na lotnisko metrem, ale jej nie próbowałem. Tam też trzeba uważać na oznaczenia, bo nie wszystkie pociągi na danej linii w kierunku lotniska jadą akurat na stację lotnisko. Ale koszt biletu na metro w Barcelonie to 2€, więc zawsze to taniej niż autobus, jeśli ktoś ma więcej czasu na dojazd do lotniska i chciałby spróbować.

Zbliżając się do BCN zobaczyłem poruszający się po płycie samolot Ryanair, a więc latają na oba barcelońskie lotniska. Za dnia widać jak ładny jest to port lotniczy bardzo praktycznie zaprojektowany. Przypomina mi trochę wystrojem lotnisko w Alicante i trochę Porto. Czyżby podobny projekt elementów dekoracyjnych wnętrza?

Szczerze mówiąc, chodziło mi z tyłu głowy, że będę spóźniony. Ale przyjazd na lotnisko godzinkę przed odlotem w zupełności wystarczył o tej porze dnia w sobotę. Nie miałem jednak aż na tyle czasu, by obejrzeć sobie chociaż większą część lotniska, czy wypróbować lotniskowego wifi. 

Akurat po wyjściu z autobusu wchodzę na stanowiska KLM Air France. Rząd kiosków do samodzielnego wydrukowania kart pokładowych. Wybieram AF na ekranie. Wklepuję ręcznie numer karty flying blue. Automat odnalazł trzy cele podróży. Dwa paryskie lotniska i Amsterdam. Przyciskam CDG, ale nie odnajduje mojego biletu, co sygnalizuje wydrukiem jak w przypadku odrzucenia transakcji kartą płatniczą.
Muszę więc znaleźć się po numerze rezerwacji, a to znaczy, że muszę odpalić sprzęt i zajrzeć do maila. Zadziałało. Karty pokładowe na oba odcinki podróży wydrukowane, a pani z obsługi wpuszcza mnie z moją walizką przed kolejkę czekającą na check-in.

Kontrola osobista bez zastrzeżeń. Bardzo ciekawy kolorowy system oznaczeń bramek. Do tego pozwalający na elastyczną organizację. Na tablicy informacyjnej widnieje tylko litera oznaczająca bramki, ale numer bramki poznajesz kilkanaście, kilkadziesiąt minut przed boardingiem. Jesteś więc we właściwej strefie lotniska, ale w przypadku jakichś zmian czy spóźnień przylatującego samolotu zmiana bramki nie komplikuje pracy lotniska.

Na lotnisku BCN oczywiście nie mogło zabraknąć tego sklepu :)


Dość sprawny boarding zgodny z zapowiadanym czasem. Brama C72. Samolot AF lot 1349 już czeka podłączony z terminalem przez rękaw. 

Numer rejestracyjny F-GRXJ. Polecimy airbusem A319, których AF ma w swojej flocie 43, zgodnie z informacją w magazynie pokładowym. Zabiera na pokład 138 osób, ale dziś są pojedyncze wolne miejsca. Ja zajmuję miejsce 18F przy oknie, obok mnie dwie współpasażerki. Wcześniej przed wejściem udało mi się złapać ostatni leżący egzemplarz "International Herald Tribune" i odświeżającą chusteczkę.

Bardzo przyjemna muzyka na pokładzie, nie za głośna, wprawia w miły nastrój. Mam dużo miejsca na nogi i torbę, a nad głową dość miejsca na płaszcz. 




Zanim odbiliśmy od terminala, kapitan ostrzegł o silnym przeciwnym wietrze, który nieco wydłuży podróż. Punktualnie o 12:25, a zanim wzbijemy się w powietrze przepuszczamy jeszcze dwa samoloty vueling. W Paryżu będziemy za ok. 1:50. Po starcie samolot zrobił nawrót nad morzem i po chwili skierował się na północny-zachód.


Już się przestraszyłem, że pokładowy magazyn będzie w całości po francusku. Nie zdziwiłbym się, znając przywiązanie Francuzów do ich języka. Wewnątrz bardzo ciekawa sekcja poświęcona bezpieczeństwu w podróży w formie pytań i odpowiedzi, np. Co to jest go-around, albo dlaczego podczas startu i lądowania nie można mieć słuchawek na uszach (żeby w razie potrzeby słyszeć komunikaty ewakuacyjne, to samo z zasłonami okien, powinny być odsłonięte na cz startu i lądowania, by obsługa kabiny miała dobry ogląd sytuacji w razie draki). Ano przecież na ewakuację jest tylko 90 sekund. Oraz bardzo ciekawa informacja, że z wysokości 10 km samolot może przeszybować 150 km. Bardzo uspokajające w przypadku braku paliwa ;)
Albo że piloci są szkoleni do latania tylko na podobne rodzaje samolotów(np. A330 i A340), a sam trening na nowej maszynie trwa 3 miesiące. 
Ciekawe czy ktoś kiedyś pytał, dlaczego w samolotach nie ma 13. Rzędu. Tzn. jest trzynasty w kolejności, ale po oznaczonym 12 jest 14.


Ponad chmurami bardzo ładne słońce. Na poczęstunek kanapka z bekonem albo łososiem do wyboru i napój. Przy drugim odcinku podróży z CDG do WAW w elektronicznym bilecie złowroga informacja "no snack". Przy drugim podejściu poproszę o sok pomidorowy i wodę. Znów komunikat kapitana o silnym czołowym wietrze i o spodziewanym w związku z tym 5-10 minutowym opóźnieniu. Nie ma drugiej okazji do wzięcia napoju. Pewnie mógłbym sam pójść po napój na tyły, ale nie przebiję się przez 2 twardo śpiące obok mnie panny.



Po jakiejś godzince od startu zaczęło trochę rzucać. Kapitan nie rzucał słów na wiatr :)
Zgodnie z informacją w magazynie prędkość przelotowa 0,79 macha. AF ma już 9 mega airbusów A380. A cała flota długodystansowców liczy obecnie 111 samolotów. Poza tym 146 średniego zasięgu i 126 na krótsze trasy. A przecież do tego jeszcze dochodzi KLM... Impressive!

W Paryżu nie będzie dużo czasu na przesiadkę, ale bramka z lotem do Warszawy będzie pewnie gdzieś blisko. To znaczy już wiem, że to będzie F29, ale do której bramki dobijemy tym samolotem? Zobaczymy. Kapitan zresztą ogłosił, że wylądujemy przy terminalu 2F, a następnie wymienił skomunikowane rejsy, w tym do warszawy również odlatujący z tego samego terminalu.




Trochę nami zatrzęsło przy lądowaniu podczas przejścia przez chmury. Paryż nas powitał słońcem i chmurkami. 9 stopni. Po wylądowaniu znowu rozbrzmiała muzyczka. 



Na przesiadkę czasu z wiele nie ma. Wystarcza na odwiedziny w toalecie, wysłanie wiadomości żonie i krótkie skorzystanie z wifi. A także zgarnięcie jakiejś prasy na drogę. Po zalogowaniu jest darmowe przez 15 minut, ale trochę się ślimaczy. W kolejce do boardingu wesołe towarzystwo kilku panów z polski. Jeden wyraźnie wstawiony. Głośno krzyczy, gestykuluje nadmiernie, wykazuje niezborność ruchów i trochę oachnie alkoholem. Taka diagnoza, bo stałem tuż za nim. Nawet zagadywał bez ogródek przy wykorzystaniu niecenzuralnych słówek pewną panią z Otwocka. Amant się znalazł. "Z Otwocka? Ja też, ty popatrz kur...".

Byłem ciekaw czy ostatecznie znajdzie się na pokładzie, ale po wejściu wyraźnie się uspokoił. Na szczęście siedzi gdzieś na samym tyle, więc nie będę świadkiem jego ekscesów. Polecimy airbusem A321. Start o 15:25 zgodnie z planem, ale już widzę, że trochę postoimy, bo jest 15:15 a ludzie wciąż wchodzą. Miejsce 11A przy oknie w przedniej części po lewej stronie kabiny. Obok mnie dwie panie z Polski, ta bliżej mnie cały czas smarka i pociąga nosem. Z tego wszystkiego nie zapisałem numeru bocznego samolotu.

Szkoda, że 2F to terminal europejski. Miałem nadzieję na zobaczenie jakichś grubych samolotów. Widzę, że niektóre samoloty AF mają jubileuszowe malowanie z okazji rocznicy powstania linii na kadłubie niektórych maszyn widnieje 80. To znaczy, że AF i LOT są mniej więcej równolatkami. 

Chyba jednak nie będziemy w Warszawie o 17:40. Choć wierzę, że cudotwórcy w cockpicie nadrobią straciny czas. Jeden z pasażerów mówi, że na pokładzie powinna znaleźć się grupa jeszcze kilkunastu spóźnionych pasażerów. Steward idzie to sprawdzić po czym wraca i na szczęście dla oczekujących na start mówi, że spóźnialscy wezmą następny samolot.

Oprócz pokładowego magazynu Aur France wydaje także dość gruby magazyn "madame" z modą. Coś na kształt elle. Oczywiście więcej w nim reklam niż treści.

Jest 15:40 a my wciąż stoimy. Nic nie mówią, co i jak, a ja nie mogę złapać roamingu, żeby dać znać Kasi o obsuwie. W końcu ruszamy, ale zanim samolot przetoczył przez te wszystkie hektary lotniska, ominął stary terminal 1, który sam w sobie jest ciekawostką (do bramek i samolotów idzie się podziemnymi przejściami), i wzniósł się ku górze, była już 16:15. Zapowiedzieli, że rejs potrwa 2:15


Po drodze przez kilka sekund mijaliśmy jadącego równolegle, ale kołującego dopiero innego airbusa. Ciekawe wrażenie. Dobrze, że nad chmurami jest jeszcze trochę słońca, bo na ziemi zaczynała się szarówka. Do brzucha tego samolotu wchodzi ok. 200 osób, sporo. Czyżby to był aż taki popularny kierunek? Może chodzi o weekend? Pamiętam, że kiedy z Kasią lecieliśmy do Paryża superwcześnie rano, podstawili mniejszy samolot. 



Moje obawy o brak cateringu okazały się bezpodstawne. Właśnie wjechał wózek z napojami. Niestety pani obok mnie ulega coraz intensywniejszemu rozsmarkaniu się i rozkładowi. Nie polecam. I tu nawet żadne seat & meet nie pomogą ;)
Tym razem, zamiast kanapki tylko napój i naprawdę drobna przekąska do wyboru - albo ciasteczko do herbaty, albo mini grissini.

Wszystko wskazuje na to, że to opóźnienie mogło być za przyczyną podpitych rodaków. Podsłuchałem rozmowę pasażerki z sąsiedniego fotela ze znajomym jej pasażerem siedzącym z tyłu samolotu. Podobno załoga przez pół godziny przeżuwała, czy ich nie wysadzić. Co to za dylematy przed lotem? Trzeba było ich przede wszystkim nie wpuszczać. Polecieliby następnym samolotem to i otrzeźwienie by szybko przyszło. Co było prawdziwym powodem opóźnienia już się jednak nie dowiemy.

O 18 zaczynamy "desant", jak powiedział kapitan. Słabe wrażenie robi nagranie w języku polskim emitowane "z puszki". Podczas lotu z Barcy do Paryża obsługa przekazywała komunikaty po francusku, angielsku i hiszpańsku. Delikatnie dotykamy płyty lotniska jakieś 7-8 minut później.
 W oczekiwaniu na bagaż ludzie jeszcze z podnieceniem komentują spóźnienie. Niektórzy niestety nie zdążą już na swoje połączenia kolejowe w głąb kraju.