Wednesday, December 3, 2014

Turkish wyrzuca stewardesę za odważne zdjęcia

Turkish Airlines zwolniły swoją 31-letnią pracowniczkę po tym, jak światło dzienne ujrzały zdjęcia z jej sesji foto. Linie lotnicze nie poparły pasji do modellingu swojej stewardesy. Pozostaje pytanie: Turkish, why?!

Stewardess fired 

W niedalekiej przeszłości linia zabroniła swoim pracowniczkom używania zbyt wyrazistych szminek

Mikołaj przyleciał

A jakże. Z Laponii samolotem rejsowym Finnair. Dokładnie z Helsinek.

Fot. D.Kłosiński / Lotnisko Chopina w Warszawie


Zdjęcia - fanpage Lotniska Chopina

Sunday, November 30, 2014

Lot do Brukseli i z powrotem - na CRL z kibicami






26 listopada udałem się w służbową podróż do Brukseli. To będzie nowe doświadczenie, bo na lotnisko Charleroi (CRL) jeszcze nie leciałem.

Rozterki związane z dojazdem z pracy na lotnisko - czy autobusem Żwirki czy kolejką z centrum - rozwiały się, kiedy okazało się, że podwiezie mnie kierowca, który i tak zabierał na lotnisko innych pracowników. Oznacza to jednak, że będę miał godzinę więcej czasu do zagospodarowania na lotnisku. Może i dobrze się składa, bo zdążę coś zjeść.


Tym razem skorzystałem z baru Flying Bistro na dole w strefie przylotów. Inne bary są już w strefie airside, a z oferty tego jeszcze nie próbowałem. Różnica w cenie i tak żadna. Wybrałem naleśniki po boloński. Smakowały lepiej niż wyglądały. Cena posiłku: ok. 25 zł. Cena butelki wody: 8,90 zł. Można się było tego spodziewać. Rozbój w biały dzień.


























Długa kolejka do oddania bagażu, ale ogonek posuwa się dość szybko. Okienka WizzAir otwarte dla all flights. Dużo osób w kolejce wybiera się do Anglii. Nieco dłużej poszło  z kontrolą bezpieczeństwa. Przede mną facet, który marudził i wstrzymywał kolejkę, bo najpierw nie wyciągnął z pokrowca aparatu a potem komputera.




Oddzielna kolejka do kontroli dla osób z płynami o większej objętości


W kolejce widzę kibiców Legii i coś mi mówi, że będę z nimi na pokładzie. W końcu nazajutrz mecz z Lokeren. Reczywiście pod bramką pojawili się kilkoma grupami. Niektórzy zaczęli rozpijać flaszkę w oczekiwaniu na boarding.

Trochę czekaliśmy na zejście do autobusu, ale miłe panie powiedziały, że nie ma sensu, abyśmy marzli na dole.

Na Chopinie jest już darmowy intenet na całym terenie lotniska. Nie ma już więc tych nieprzyjaznych maszynek z kodami do wi-fi. PGE postawiła zaś przydatne stacje z ładowarkami, co eliminuje też płatne automaty z chargerami.


Ta pani już wie, że to będzie trudny rejs


Wchodziłem tyłem razem z dużą grupą kibiców i wygrałem. Oni celowo zajęli hurtowo tylne rzędy w liczbie dwunastu. A zanim przednim wejściem weszli inni pasażerowie miałem dość duży wybór wolnych miejsc w środkowej części samolotu. Wybrałem miejsce 18 F na skrzydle. Lekko licząc kibice zajęli w sumie z 20 rzędów, czyli na mecz jedzie silna grupa ok. 120 osób. Przynajmniej tym samolotem. Wszystkie rzędy nie są jednak szczelnie wypełnione. Na przykład obok mnie dwa fotele pozostały puste.

Kapitan rejsu W6 1382 zapowiedział, że jest pochmurnie w CRL, ale cieplej niż w Warszawie, bo 9 stopni. Kibice zachowywali się głośno, ale grzecznie. Przynajmniej przed startem. To nie będzie łatwy rejs dla obsługi pokładowej. Kilka przyśpiewek pokładowych?

Nigdy nie spadnie, samolot nigdy nie spadnie
Oddaj piersiówkę, Dagmara oddaj piersiówkę (to chyba do stewardesy albo koleżanki kibicki)
Złodziejsko-przemytniczy klub to Legiaaaaa Warszawaaaa

Ruszyliśmy zgodnie z planem o 18:20. Lot ma potrwać około dwóch godzin. Wizzair jak zwykle A320. Nr rej. HA-LYD. Tego dnia wcześniej obsługiwał jeszcze rejs do Londynu Luton i z powrotem, a teraz rotacja z Brukselą.


Już jak wchodziłem do samolotu, zaczęło kropić.
Dowiaduję się, że od nowego roku Wizzair będzie latał do Lizbony, Bergen i Dortmundu z Warszawy, a w rozkładzie jest też Malta. A więc idą z Ryanairem łeb w łeb w konkurencji o tzw. destynacje.

Pół godzinie po starcie jeszcze raz odezwał się kapitan Konrad Jaczkowski. Opowiedział o osiągnięciu wysokości przelotowej 11300 m i prędkości 800 km/h. Polecimy nad Wrocławiem, potem zwrot w stronę Berlina, potem nad Hannoverem i kierunek Bruksela.

Najwyraźniej kibice otworzyli flaszki, bo kapitan pogroził, że jest kilka środków dyscyplinujących, które może zastosować, jeśli się nie posłuchają poleceń załogi.

Niektórzy zawodnicy zasnęli głowami na rozkładanych stolikach. Jednego przechył pokonał podczas korzystania z toalety. Aż widziałem zawstydzoną minę stewardesy, która zasugerowała mi skorzystanie z drugiej. Musiałbym się przebijać przez cały samolot, grupę kibiców i jeszcze stać w kolejce. Podłoga wyglądała trochę jak w ubikacjach w pociągu. Więc tragedii nie było.




Charleroi to dużo lotnisko jak na port dla tanich linii. Ale było też jedną z pierwszych baz Ryanaira na kontynencie europejskim jeszcze na początku poprzedniej dekady. Z góry wygląda imponująco choćby ze względu na zajmowaną powierzchnię.

Chóralny śpiew po dotknięciu płyty. Lepsze to niż częste obciachowe oklaski po wylądowaniu. 

Potem niedługie oczekiwanie na bagaż z niespodzianką. 





W tym samym czasie wylądował jeszcze samolot Ryanair z Madrytu, a nasz miał nawrotkę do WAW o 21:00. To właśnie tym rejsem wracam w piątek. Nie zazdroszczę tym pasażerom, załoga raczej nie zdążyła dokładnie posprzątać po kibicach. Dość długa droga do odbioru bagażu. Niestety nic nie urozmaica spaceru wzdłuż wąskiech betonowych korytarzy oprócz raptem kilku reklam. Na tablicy przylotów sporo miast hiszpańskich: oprócz wspomnianego Madrytu także Malaga, Alicante, jest też Gran Canaria. Loty obsługiwane przez JetAirFly.com z grupy TUI.

W oczekiwaniu na bagaż sięgam po magazyn lotniskowy CRL. Nazywa się Gate. A w nim już na drugiej stronie okładki reklama polskiej linii 4You, która nie wystartowała nigdy, ale przynajmniej o reklamy się postarała.

Nie zaoszczędziłem w ogóle, kupując bilet z dwudniowym wyprzedzeniem online, bo normalnie w kasie po przylocie też by mnie kosztował 14 euro w jedną stronę. Oszczędności jak widać wszędzie dotyczą zakupów z dużym wyprzedzeniem. Przystanek autobusowy znaleźć jest bardzo łatwo. Po prostu po odbiorze bagażu kierujemy się za strzałką bus i wychodzimy praktycznie na przystanek. Tam formuje się kolejka, a autobusy odjeżdżają co 20 minut. 

Z frytkami do autobusu kibiców wpuścić nie chcieli i powstało małe zamieszanie, bo kontroler biletów poszedł do środka za gościem z frytami, a w międzyczasie następni zaczęli wchodzić do środka.
Na szczęście grupy się podzieliły na tyle, że do jednego autobusu zdążyło wejść może kilku, więc można było liczyć na względny spokój.


Po wrzuceniu bagażu do luku, kontroler skanuje mi wydrukowany bilet i zajmuję miejsce w środku. Bilety można kupić w kasie tuż przy stanowisku oczekiwania na autobus (do kasy kierują strzałki), na stronie flibco.com albo poprzez stronę lotniska CRL. Bardzo praktyczne informacje wyświetlane na ekranie nad kierowcą. Dzięki danym o pogodzie wiem, że poza Polską są miejsca, gdzie jest już sporo poniżej zera. Unikać Belgradu! Bardziej przydatne są informacje o czasach odlatujących albo przylatujących na CRL samolotów. Niestety poza 3-4 planszami z newsami po flamandzku i reklamą przewoźnika - nic więcej nie pokazują. Po zapętleniu robi się to dość irytujące. Przy drodze w ciemności też żadnych ciekawych widoków. Nudna autostrada do Brukseli. Pozostaje więc obserwowanie skali pogodowej w różnych miastach w Europie i marzenia o tym, by znaleźć się na Rodos albo w Barcelonie, gdzie aktualnie jest kilkanaście stopni. Można też zająć się pisaniną na bloga.

Kilkanaście minut przed Brukselą jakiś silos, może komin elektrowni, efektownie oświetlony kolorowymi LEDami. Jedyny highlight na drodze do miasta. Nie zdążyłem zrobić zdjęcia, ale można tę iluminację zobaczyć na tej stronie


Autobus podjeżdża przed stację kolejową Midi-Zuidstation, ale nie zatrzymuje się przy wejściu, przy którym od razu mamy metro czy tramwaje. Trafienie do największego węzła z przystankami tramwajowymi może być trochę tricky, bo trzeba przejść całą stację - aby wyjść po przeciwnej stronie, a do tego jeszcze znaleźć zejście na poziom -1. Bilety można kupić w automatach, ale przyjmują tylko karty albo monety. Na szczęście o godz. 22:00 było jeszcze otwarte zwykłe okienko kasowe z żywym człowiekiem w środku :) 
Kupiłem bilet na 5 przejazdów za 8 euro. System tramwajowy przypomina mi nieco ten z Bostonu - tramwaje jeżdzą po powierzchni, ale na stację wjeżdzają w podziemia.
Proszę Państwa, tutaj na stacjach puszczają z głośników muzykę klasyczną. Przynajmniej w nocy. W dzień będzie trochę popu. Witamy w Brukseli!


Ku przestrodze napiszę to jeszcze raz. Na stacji Midi Zuid bardzo łatwo się zgubić. Jest kilka różnych wyjść po każdej stronie torów. Autobus na lotnisko czeka akurat przy tzw. wejściu głównym, które jednak jest najmniej efektowne. Trochę zamarudziłem przy dojeździe na stację, bo jeszcze musiałem się wrócić po bagaż do hotelu. 









W efekcie trafiłem na autobus, który odjeżdżał na lotnisko dopiero o 19:00. Zacząłem się na poważnie obawiać, czy zdążę na rejs W6 1381 o 21:00. Na karcie pokładowej złowroga informacja, że bramka zamyka się o 20:20. Trasa trwała jednak ok. 50 minut mimo piątkowego wieczora, co wystarczyło jeszcze, by nadać bagaż (kolejki brak) i spokojnie przejść przez kontrolę bezpieczeństwa. Na CRL jest dość niewygodne wąskie gardło - korytarz, który dopiero po kilku metrach rozdziela kolejkę na kilka ogonków taśmami.

Nie zdążyłem zwiedzić lotniska, ale wpadło mi w oko pianino, jedno z takich, jakie niedawno stały na warszawskich ulicach. W sklepie wolnocłowym ceny słodyczy niewygórowane, więc na czekoladki można sobie pozwolić, zamiast kupować je w mieście. Na lotnisku jest także trochę lokali gastronomicznych i bar, gdyby ktoś miał ochotę na piwo przed lotem.

Ja to mam pecha do tych kibiców. Tego wieczora do Polski odlatuje tylko WizzAir i to akurat do Warszawy. Ryanair do Modlina mógł odlecieć pół godziny wcześniej wcześniej. Wizzair lata stąd tylko do naszej stolicy. W sumie mogłem przewidzieć, że wracać będę także z tym wesołym towarzystwem. W końcu mecz był w czwartek wieczorem, więc kiedy mieli wracać, jak nie w piątek? Chyba się jednak grupy podzieliły na te dwa samoloty odlatujące dziś wieczorem. A że Legia przegrała 1:0 to i nastroje już nie takie bojowe. Choć pite było... Głośne rozmowy przez cały czas, zwłaszcza że panowie rozlokowali się grupkami po całym pokładzie. O spaniu mogę zapomnieć.

Boarding o 20:25. Załadunek w miarę sprawny, biorąc pod uwagę okoliczności :) Tym razem samolot oełny. Na pewno więcej pasażerów niż w środę. Start punktualnie o 21:00 zgodnie z planem. Z góry CRL to faktycznie wygląda na całkiem spory port lotniczy. Lata się stąd nawet do Dubaju (Pegasus przez Stambuł). I to codziennie.

Samolot tym razem nieco starszy zdaje się. HA-LWD. Przyleciał trochę wcześniej z Warszawy, a jutro rankiem poleci z niej do Paryża (BVA). Mam wrażenie, że mniej miejsca na nogi, ale to pewnie złudzenie. Zamiast siatki plastikowy stelaż i otwór na gazety i barf bag. To pewnie przez to wszystko te parę centymetrów roni różnicę. Tym bardziej, że jak to w low costach, foteli odchylić się nie da. Rząd 20, miejsce A przy oknie, obok mnie pusty fotel i przy przejściu jakaś pani.

Tym razem kibice byli po prostu znośni. Nie sprawiali kłopotów. Trochę tam sobie pokrzyczeli czasem tylko. Coś tam zaśpiewali. Jeden pan ściągnął koszulkę. Kapitan nie odezwał się podczas lotu, podając dopiero komunikat "cabin crew prepare do descent" o 22:15. Lądujemy mocno przed czasem. 22:35 zamiast zapowiadanych 1:50, jest 1:35.

Trochę się jeszcze towarzystwo niemrawo rozśpiewało w autobusie w oczekiwaniu na ruszenie pojazdu w stronę terminalu. Ja zdążyłem tam  jeszcze wypłacić pieniądze i skorzystać z toalety. A po przejściu do karuzeli bagaż już na niej na mnie czekał, wesoło kręcąc się w kółko.


Nasi tu byli


Niespodzianka dla półmilionowego pasażera lotowskiego Dreamlinera

Niesamowity flash mob show. Reklama dla LOTu, lotniska i świetna zapowiedź musicalu "Mamma Mia" w Teatrze ROMA.

Friday, October 10, 2014

Podniebne apartamenty

Fajnie jest być reporterem-oblatywaczem. I jeszcze to ułożenie do snu i przykrycie kołderką w cenie.
http://abcnews.go.com/Nightline/video/redefining-class-flying-supreme-luxury-26093967
A tutaj jeszcze podobny wątek z bloga:
http://dereklow.co/what-its-like-to-fly-the-23000-singapore-airlines-suites-class/

Sunday, September 28, 2014

Ryanair zmienia strategię?

Bardzo ciekawa rozmowa z Michealem O'Leary przeprowadzona przez Pasażer.com. Przestaje już gadać głupoty o płatnych toaletach i miejscach stojących na pokładzie.

Friday, September 26, 2014

Dreamliner LOT awaryjnie w Szkocji

Evening Times opublikował fotkę, choć rzeczniczka LOT-u mówiła na początku, że nie było potrzeby, by pasażerowie opuszczali pokład.

http://www.eveningtimes.co.uk/news/u/dreamliner-forced-to-make-emergency-landing-at-glasgow-airport.1411727310

Król Lew na pokładzie

Australijska obsada musicalu daje czadu w samolocie :)

Sunday, September 21, 2014

Wednesday, August 27, 2014

Giro d'Italia

W sierpniu wybraliśmy się ze znajomymi do Włoch. W planie Bolonia, Wenecja i Rzym. Mam nadzieję, że przynajmniej niektóre z informacji zawartych w tej relacji okażą się dla Was przydatne i do wykorzystania przy planowanej przez Was wyprawie do Italii.

Lecimy z lotniska w Modlinie (WMI). Muszę przyznać, że to moje pierwsze zetknięcie z tym lotniskiem jako pasażer. Okazuje się jednak całkiem przyzwoitym portem lotniczym, jak na lotnisko wykorzystywane przez tanie linie lotnicze i czartery, a raczej jedną linię lotniczą - Ryanair. Porównywalne gabarytowo z innymi lotniskami, z których trzeba dojechać do miasta - Skavsta, Ciampino. Sprawna obsługa, szybka kontrola, parę sklepików i ze dwa punkty gastronomiczne. Nawet automat z woreczkami na płyny.
Torebki "strunowe" - kto to wymyślił?


Czego więcej potrzeba? A że trzeba po płycie przejść się kawałek z budynku terminala do samolotu? W Gironie też mi się to zdarzyło. Nie zazdroszczę jednak stania pod wiatą w zimie. Ochroniarz sprawdzający karty pokładowe (bo to już nie straż graniczna) zażartował, że przeszedł kurs szybkiego rozkładania i składania wydrukowanych kart.

Zanim jednak dotarliśmy na lotnisko należało zatroszczyć się o parking. A że wyjeżdżaliśmy na tydzień oczywiście nie opłacało się trzymać auta na parkingu przed lotniskiem. Na szczęście wokół modlińskiego lotniska powstało wiele parkingów długoterminowych, które konkurują z tym długoterminowym lotniskowym. Wydaje się, że kto miał choć kawałek placu, postanowił oferować przechowanie pojazdu i dowożenie ludzi na lotnisko. Sądzę, że większość z nich oferuje taką samą obsługę za taką samą cenę (w naszym wypadku 50 zł za tydzień parkingu, w tym dowóz na lotnisko), ale ja akurat skorzystałem z parkingu Alcatraz, który pojawiał mi się w wyszukiwarkach jako jeden z pierwszych, dodatkowo reklamował się na wydruku karty pokładowej. Szybka rezerwacja przez internet, przyjemna obsługa, płatność z góry na miejscu tylko gotówką. Dojazd na parking bardzo dobrze oznaczony - poza tym dokładne wskazówki są na mapie przysłanej wraz z potwierdzeniem rezerwacji miejsca parkingowego. W 5 minut od zostawienia samochodu na parkingu jesteśmy busem dowiezieni na lotnisko. Tylko po przylocie i wyjściu z lotniska mamy zadzwonić, by po nas przyjechali. Miła obsługa, pan kierowca tłumaczy, w którym dokładnie miejscu będzie czekał po naszym powrocie. Byliśmy jedynymi pasażerami w busie. Ale w drodze powrotnej bus będzie już pełny i - jak przyzna kierowca - miał tamtego dnia ponad 150 rezerwacji. Interes się kręci. Przy słabym wciąż dojeździe do modlińskiego lotniska, przyjazd własnym samochodem i zostawienie go tu na kilka dni za stosunkowo niewielkie pieniądze wydaje się bardziej opłacalne.

Jak to w Ryanairze samolot B737-800, oznaczenie boczne EI-DCN, rejs FR5718 do Bolonii. Wcześniej ta maszyna właśnie stamtąd przyleciała, a z Bolonii odleci z kolei do Oslo-Rygge. Dobrze, że Ryanair wprowadził politykę przydzielania z góry miejsc. Zapobiega to chaosowi i walce o miejsca na pokładzie. Oczywiście można sobie za dopłatą zarezerwować miejsce wcześniej. Widocznym udogodnieniem jest w Ryanairze zwiększenie limitu bagażu do zabrania na pokład - poza torbą podręczną można wziąć ze sobą także 1 sztukę bagażu w rozmiarach pokładowych do 10 kg.    

Wystrój wnętrza jak to w Ryanairze nie rozpieszcza. Na szczęście już reklamy nie walą w oczy zewsząd, jak np. z drzwiczek szafek ponad głowami. W tej maszynie tylko tam gdzie pada naturalnie wzrok - przednie oparcie ponad instrukcją zachowania się w przypadku sytuacji awaryjnej. Brak siatek za oparciami powodowany jest pewnie potrzebą szybszego sprzątnięcia pokładu przed następnym startem. Od przylotu samolotu do kolejnego wylotu mija ok. 25-30 minut. Dlatego gazetkę pokładową i kartę z płatnym menu rozdają przy wejściu do samolotu i zabierają je pod koniec rejsu.

Samolot pełny, może pojedyncze wolne miejsca. Trafiamy do 25. rzędu, ale za nami jeszcze 5, więc nie jest to zupełny tył. Obsługa włoska, łącznie z pilotami. Stewardessa miała tatuaż na lewym udzie w kształcie małego samolotu, ale umiejscowiony nad kolanem. Widać go było tylko kiedy unosiła ręce, by włożyć bagaż do szafki, podawała coś pasażerowi przy oknie albo schylała się do wózka. Dyskutowaliśmy, czy to tatuaż czy rajstopy składające się na standardowe wyposażenie damskiej obsługi samolotu, ale stanęło na tym pierwszym :)

Ruszyliśmy o 10:10 i 10 minut zajęło zanim wzbiliśmy się w powietrze. Poinformowano nas, że lot do Bolonii potrwa 1:40, co znaczy, że będziemy przed czasem. Co ciekawe, Ryanair pozwala na korzystanie z telefonów podczas lotu, byle byłyby tylko przełączone na tryb flight mode. Magazyn pokładowy zachęcał do kupienia biletów na transfer z lotniska do miasta. Ponieważ zaplanowaliśmy powrót z Rzymu zapytałem obsługi, czy możliwe jest kupno biletów także w relacji miasto-lotnisko. Niestety nie ma takiej możliwości, a może po prostu się źle zrozumieliśmy. Bilety powrotne z Rzymu na lotnisko Ciampino kosztują 6 euro, lecz można zaoszczędzić 2 euro, kupując je wcześniej w internecie. Niestety można je tak nabyć jedynie z jednodniowym wyprzedzeniem. Więc przyjdzie nam je i tak kupić na miejscu przed powrotem, ale o tym później.

Lądowanie w Bolonii punktualnie o 12:00. Kapitan Fabio czy Francesco trochę walnął o pas. Za chwilę staliśmy już w lotniskowym autobusie, który podwiózł nas może z 30 metrów przed wejście do budynku lotniska. Aerobus z lotniska do centrum Bolonii na stację kolejową kosztuje 6 euro. My jednak jechaliśmy do hotelu, który oddalony był od ścisłego centrum Bolonii jakieś 3-4 kilometry. Nie opłacało się nam płacić łącznie 30 euro za taki transport plus później bilety na autobus miejski. Zdecydowaliśmy się na taksówkę, choć od razu wyszedł problem z pomieszczeniem 5 pasażerów i ich bagażu w jednym aucie. Na szczęście zgodził się kierowca taksówki w postaci fiata multipla, który miał z przodu rozkładany dodatkowy środkowy fotel. Sprawdzałem wcześniej, że kurs do centrum powinien nas wszystkich kosztować nie więcej niż 20 euro (przy okazji polecam - dobra strona do oszacowania kosztów podróży we Włoszech), ale że jechaliśmy nieco bliżej kurs wyliczył nam łącznie na 12 euro. Przy czym, że mieliśmy z 6 sztuk bagażu - doliczył po pół euro za sztukę. Ale akurat o tym było w oficjalnym taryfikatorze. Tak czy inaczej za kurs dla 5 osób zapłaciliśmy 15 zamiast przynajmniej 30 euro.

Na dworzec główny w Bolonii Stazione Centrale dojeżdżają miejskie autobusy niemal z każdej strony miasta. Bilet kosztuje 1,30 w kiosku, ale w autobusach są też maszyny z biletami. Nie ma ich w liniach przyspieszonych - autobusach pomalowanych na niebiesko. Przy czym bilet w autobusie w automacie kosztuje 1,50 i jest już skasowany, a maszyny w autobusach nie wydają reszty.





Bolonia nie zawróciła nam w głowach. Przyjemne, ale nie bardzo powalające miasteczko. Dzielnica uniwersytecka zupełnie wymarła i mało atrakcyjna, ale - wiadomo - musi wyglądać zupełnie inaczej podczas roku akademickiego. Wzdłuż głównych ulic charakterystyczne arkady, w podcieniach których łatwo schronić się przed słońcem. Dla nas Bolonia jest jedynie punktem "przesiadkowym" albo wypadowym. Tutaj przylecieliśmy, by ruszyć na wyprawę do Wenecji, a następnie pojechać do Rzymu. Zatrzymaliśmy się w hotelu Grand Elite przy via Saffi. Wybrałem go dlatego, że był jednym z nielicznych wolnych w tym czasie hoteli, który oferował 5-osobowy apartament. Czasy świetności ten hotel ma już dawno za sobą, czuć ducha lat 70. w wystroju, choć było czysto i przyzwoicie. Ciekawie rozwiązany prysznic - poza pomieszczeniem łazienki i z wyjściem na korytarz łączący dwa pokoje. Praktyczne, bo z wanny i prysznica dwie osoby mogą skorzystać niezależnie i nie wadząc sobie nawzajem. W sumie hotel oddawał ciekawy klimat. W cenie śniadanie - mimo że bufetowe to dość skromny wybór. Oprócz sera i wędlin do pieczywa, wybór kilku ciastek i rogalików. Niestety nie mogę sobie przypomnieć naszego śniadania w Mediolanie, ale mam wrażenie, że tam było nieco obficiej. Tak czy inaczej, jadąc do Włoch należy się przygotować na ich skromne śniadanka. Za dwie noce w tym hotelu każde z nas zapłaciło w sumie po 50 euro. Moja rada: jeśli jesteście większą grupą i chcecie nocować razem, można zaryzykować. W innym wypadku poszukajcie innego hotelu. 

Co ważne - we Włoszech do kosztów noclegu doliczany jest lokalny podatek turystyczny. W zależności od miasta jest to 1 lub 2 euro za noc od osoby.

Bilet kolejowy z Bolonii do Wenecji kupowałem z czteromiesięcznym wyprzedzeniem. Zaplanowaliśmy wyjazd rankiem i powrót jeszcze tego samego dnia wieczorem. Szczerze polecam Italotreno. To konkurencyjny przewoźnik dla państwowej Trenitalia. Przejazd w jedną stronę kosztował każdego z nas 11 euro, a czas podróży ok. 90 minut. Wysoki standard, pociągi pendolino, darmowy internet, gniazdka z zasilaniem, przyjazna obsługa, kontroler wstukuje do palmtopa numer naszego biletu z wydrukowanej przez nas kartki z dowodem opłaty za przejazd. Automaty do kawy i z przekąskami między wagonami, sterylnie czyste toalety (jeśli wciąż piszę takie rzeczy to znaczy, że to nadal nie jest u nas normą). Zajęliśmy miejsca wokół stolika w wagonie bez przedziałów (taryfa coach/smart). Osiągnęliśmy maksymalną prędkość podczas tej podróży 170 km/h. Podczas naszej wyprawy do Rzymu będziemy jechać już 300 km/h, ale akurat tę prędkość pociąg osiągnie, jadąc długim tunelem, więc trudno o jakieś wrażenia wizualne. Na pewno prędkości nie czuć w kościach.



Włosi bardzo głośno rozmawiają przez telefon, nie zważając na ludzi wokół. Do tego mają głośno ustawione głośne dzwonki, a telefon odbierają dopiero po dziesiątym sygnale. To skutecznie irytuje cicho rozmawiających albo budzi drzemiących wokół pasażerów. A może akurat trafiliśmy na taką pasażerkę...






Wenecja cudowna. Pamiętajmy, by pociągiem jechać do końca na stację Venezia Santa Lucia, a nie na stację Venezia Mestre. Stare miasto robi wspaniałe pierwsze wrażenie - z budynku dworca wychodzi się niemal wprost na kanał Canal Grande. Już naprzeciw dworca pierwszy przystanek tramwaju wodnego. Odpływają o określonych porach, a jeden przejazd kosztuje 7 euro. Są też opcje biletów całodniowych. Tłok w takim tramwaju jednak niemiłosierny - niczym w autobusie 519 w popołudniowych godzinach szczytu w Warszawie - wszyscy na stojaka ściśnięci, bo wszyscy chcą widzieć wodę. My jednak zakładaiśmy od początku spacer uliczkami i mostkami Wenecji na Plac Świętego Marka. Nie jest to trudne, bo droga do Mostu Rialto i na plac jest co jakiś czas oznaczona na budynkach. Warto mieć jednak choć podstawowy plan uliczek Wenecji, jeśli chcielibyśmy zboczyć z zatłoczonych turystami uliczek, a jednocześnie nie zgubić się.

Pewną do rozpatrzenia propozycją pozostaje przepłynięcie się takim tramwajem z Pl. Św. Marka do stacji kolejowej w drodze powrotnej, jeśli jesteśmy zbyt zmęczeni. Płynie się jednak dość długo, więc należy zarezerwować na to odpowiedni czas, by zdążyć na pociąg. My wybraliśmy pieszą drogę powrotną, ale obraliśmy nieco inny szlak przez weneckie uliczki.


Ciekawostka: wejścia do kościołów płatne poza Bazyliką Św. Marka (na placu wije się kolejka, ale porusza się bardzo szybko - UWAGA oddzielna kolejka do depozytu, gdzie należy składać plecaki).

Jak w całych Włoszech kobiety mogą mieć kłopot z wejściem do jakiejkolwiek świątyni, jeśli są zbyt skąpo odziane, np. mają odkryte ramiona. Akurat na wejściu do Św. Marka można nabyć za 1 euro chustę, która wystarczy, by zasłonić ramiona bądź nazbyt obnażone nogi. 






GONDOLA
Pół godzinki za 80 euro (śpiew gondoliera za dodatkową opłatą). 100 euro kosztuje taka sama przejażdżka po zmroku.

Po drodze mijaliśmy kilka sklepów z wiktuałami, np. makarony w fantazyjnych kolorach i kształtach w cenie od 4,50 do 7,50 euro. Powiem tak: jeśli chce nam się to wszystko nosić, proszę bardzo. Jeśli nie - takie makarony czy oliwę można kupić na każdym włoskim lotnisku w sklepie dutyfree w takiej samej cenie, jeśli nie taniej.

Jeśli planujecie przejść się przez targ warzywno-rybny perzy moście Rialto, na pewno trzeba to zrobić przed południem. Po południu jest już tylko kilka czynnych straganów z warzywami i owocami, a kramów z rybami i owocami morza nie ma już  w ogóle. Warto skusić się na tutejsze brzoskwinie, winogrona, arbuzy i pomidory.
Falliczne kształty makaronu


W starej Wenecji trafiliśmy chyba na trzy samoobsługowe małe sklepy spożywcze sieci Billa.

Uwaga na sprzedawców pamiątek przy Moście Rialto. Mojej koleżance, która kupowała jakiś drobiazg, zamiast wydać resztę z 20 euro sprzedawca wydał jak z 10 i później grał głupa, kiedy się zorientowała.

RESTAURACJE

Na to zwracają uwagę przewodniki, ale mówią tylko połowę prawdy. Np. w Bolonii trafiliśmy na restauracje, które liczą sobie tzw. cover charge, czyli kopertówkę, albo opłatę stołową. To aż 2 euro doliczane od osoby do rachunku (za to na stole powinien znaleźć się chleb). Przewodniki piszą, że taka opłata jest nie do końca legalna i jest coraz rzadziej spotykana. Inne restauracje z kolei stosują doliczany do rachunku serwis 10%. W obu wypadkach czuję się zwolniony z napiwku. Przy czym informacja o dodatkowych opłatach jest wyraźnie sygnalizowana w karcie. W Rzymie nie spotkaliśmy się już z "opłatą obrusową", choć też z góry dopytywaliśmy przed zajęciem miejsca, czy taką dopłatę sobie doliczają.

W restauracjach polecam szukanie tzw. menu - skrojone pod turystów. Zwykle też promowane są na potykaczach przed wejściem do lokalu. To zwykle zestaw w składzie sałatka/bruschetta, pizza/lasagne i napój w cenie 10-13 euro. Szczególnie jedna przypadła nam do gustu w Rzymie, pewnie ze względu na polską obsługę (via della Pilotta - zaraz za przejściem przez bramę od strony via IV Novembre). Nie są to obłędnie duże porcje w porównaniu z regularnym menu z karty, ale można się najeść.

W Wenecji skusiliśmy się na owoce morza "z okienka" w drodze na Campo San Polo. Mieszanka krewetek, rybek, ośmiorniczek, frytek i warzyw w rożku w zależności od ceny 2,3 albo 5 euro zmienia się także rozmiar rożka. Na dno pan z okienka nalał jakiegoś ciepłego gluta - coś jak puree albo kasza. Polecam jako ciekawą przekąskę.

WODA

Nie tylko w Wenecji, ale także potem w całym Rzymie co rusz natrafialiśmy na ujęcia pitnej wody. Warto z nich korzystać, by napełniać zapasy na spacery i nie tracić majątku na butelkowaną wodę sprzedawaną w sklepach i oferowaną przez hinduskich sprzedawców na ulicach.







CZAS NA RZYM

PORUSZANIE SIĘ PO MIEŚCIE

O ile Wasze lokum nie jest zlokalizowane gdzieś na obrzeżach Rzymu lub poza ścisłym centrum raczej nie warto poruszać się komunikacją miejską. Moim zdaniem szkoda rezygnować z wrażeń rzymskiej ulicy. No chyba że wyjdziecie w marsz po mieście i pozbędziecie się sił na tyle, by wracać na noc do domu na piechotę. Rzym oferuje bilety okresowe, np. jednodniowe, na pewno bardziej opłacalne niż pojedyncze, ale my korzystaliśmy z autobusu miejskiego tylko raz - kiedy chcieliśmy zaoszczędzić na czasie. Jednorazowy kosztuje 1,5 eur. Są jeszcze karty Roma Pass - 2 i 3-dniowe. Oprócz darmowych przejazdów po mieście daje możliwość darmowego wejścia do dwóch wybranych muzeów. Koszt 28-36 eur, więc sami sobie przeliczcie, czy to się opłaca. Na liście dostępnych muzeów jest Koloseum (normalny bilet 12 eur), ale już np. Muzea Watykańskie nie.

Przy czym można trafić na ciekawą gratkę - w jednej z galerii w sierpniu była wystawa 130 prac Fridy Kahlo. Normalnie wjazd 12,5 eur, a w ramach Roma Pass wliczone.

Ciekawostka: na terenie całej aglomeracji Rzymu można poruszać się pociągami Trenitalia za 1 eur. To bardzo ciekawa opcja, jeśli musimy tanio i w miarę szybko przemieścić się na drugi koniec miasta, np. między stacjami Termini a San Pietro albo Ostiense. Piszę w miarę szybko, bo to zwykle dalekobieżne albo regionalne pociągi, dla których poszczególne stacje w Rzymie są pierwszymi albo ostatnimi i czekają na pasażerów nieco dłużej. Standard akurat tych pociągów (dwupiętrowe wagony) jak nasze TLK.


W Rzymie zatrzymaliśmy się w Roma Dreaming. Ni to hotelik ni pensjonacik. W budynku jest 14 pokoi, śniadanie (znowu skromne, jak to Włochy) można zjeść przed budynkiem pod parasolem, albo zamówić do pokoju. My jadaliśmy na naszym tarasiku. Na każdym piętrze wspólna kuchnia do ewentualnego wykorzystania, gdyby ktoś chciał się sam żywić. Świetna lokalizacja - niedaleko stacji San Pietro, blisko Watykanu, wystarczyło wyjść na ulicę, by zobaczyć kopułę bazyliki Św. Piotra.

UWAGA NA ULICACH




Wszędobylskie skutery mają tę wadę, że - podobnie zresztą jak samochody - nie zatrzymują się na pasach. Jeśli nie zatrzyma ich widok czerwonego światła na sygnalizatorze przy przejściu, zapomnij, że ktoś Cię przepuści. Na przejściach bez świateł trzeba niestety ostrożnie ale jednak wtargnąć na jezdnię. A i w tym wypadku zamiast się zatrzymać, taki skuterowicz czy kierowca auta po prostu ominie Cię na pasach i pojedzie dalej. Inaczej jest oczywiście przy światłach - krótkie zielone, ale potem długie ciągłe żółte - to wciąż znak stop dla kierowców i szansa dla pieszych na pokonanie ulicy. Warto zwracać uwagę na cieszące oko wciąż zaskakująco częste stare fiaty 500 na starych rzymskich numerach. Aha i do tego dochodzi jeszcze brak poziomego oznakowania na wielu rzymskich ulicach, zwłaszcza na dużych skrzyżowaniach i rondach. Wówczas naprawdę przekonujesz się, że powiedzenie "Ruch jak w Rzymie" nie jest przesadą i ma w sobie wiele prawdy.

ZWIEDZANIE
Przy Muzeach Watykańskich i Koloseum zdecydowanie warto kupić bilety w internecie z wyprzedzeniem. W przypadku Watykanu wiąże się to co prawda z dodatkową opłatą 4 eur (łącznie 20 eur), a przy Watykanie 2 eur dodatkowo (łącznie 14 eur), ale kolejka do kasy wzdłuż murów Watykanu jest naprawdę długa. A tak wybieracie sobie w internecie określony półgodzinny przedział (sprytny sposób na rozładowanie kolejki już wewnątrz Watykanu), drukujecie voucher i z nim zostajecie wpuszczeni do środka. Po czym jeszcze tylko trzeba go wymienić w kasie na właściwe bilety, ale tutaj są od tego odpowiednie okienka bez kolejek.

Kręte schody przy wyjściu z Muzeów Watykańskich

Podobnie do Koloseum (w cenie także zwiedzanie Forum Romanum), przy czym tutaj już nie wymienia się biletów w kasie, lecz po prostu drukuje gotowe i okazuje do zeskanowania przy bramce.

POLECAM
Bazylika Św. Piotra.
Swoje trzeba odstać do bramek z wykrywaczami metali, ale ogonek posuwa się dość szybko, bo i stanowisk kontroli jest kilka. Nie zrażajcie się więc zawiniętym kilkakrotnie na placu Św. Piotra zawijasem ludzi. Zawsze warto mieć tu ze sobą nakrycie głowy, bo plac to prawdziwa patelnia. Samej bazylice warto poświęcić dużo czasu. Choć z zewnątrz nie wydaje się taka okazała przytłoczona ogromem placu, przy którym stoi, wewnątrz robi duże wrażenie. Wejście oczywiście jest darmowe, nie dajcie się skusić naciągaczom, którzy oferują szybkie przejście kolejki.

Piccolo Papa

Anioł Pański na Placu Św. Piotra.
Warto wziąć udział, tylko wcześniej upewnijcie się, czy papież jest na miejscu. W niedzielę na plac ciągną tłumy. Moim zdaniem nie ma sensu przychodzić tu skoro świt, a potem cierpieć katusze w pełnym słońcu. Z poziomu placu papież w oknie jest równie malutki co widziany z podcieni otaczających plac kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów dalej. Warto mieć lornetkę. W razie czego pomocny jest duży telebim ze zbliżeniem. Ciekawe doświadczenie, ale naprawdę wystarczy przyjść z 30 minut przed południem, by zająć strategiczne miejsce w cieniu.

ZATYBRZE
Trestavere, czyli Zatybrze - zwłaszcza w piątkowe albo sobotnie wieczory. Przyjemne uliczki, restauracje, handlarze i muzyka. Warto napić się tu wina i obserwować ludzi. Co ciekawe, ludzie chodzą z alkoholem po ulicach i nikt nie ma z tym problemu.

Wejście w bezpośredni kontakt z rzymianami i rozmowę, np. z kelnerem, sprzedawcą w kiosku, obsługą hotelową, kierowcą autobusu, osobą czekającą na przystanku. Warto przekonać się na własnej skórze, jacy to mili i serdeczni ludzie, choćby pytając o drogę. Z angielskim nie mają problemu.

LODY
Frigidarium (Via del Governo Vecchio, 112) - lodziarni ci w Rzymie na każdym kroku dostatek, ale ta polecona przez koleżankę znajomych się szczególnie sprawdziła. Duży wybór ciekawych smaków, lody nakładane naprawdę od serca (za 2 albo 3 euro - dwie albo trzy porcje - nie kulki, bo nakładane łopatką, w kubeczku albo wafelku), a do tego na życzenie moczone to wszystko w białej albo zwykłej czekoladzie. 

KAWA
W każdej postaci w Rzymie w dowolnej kawiarni na ulicy jest po prostu tania. Od 1,2 do 1,5 eur, gdzie w Warszawie taką samą kupisz za co najmniej dwa razy tyle. No i nie ma kawiarnianych sieciówek - Włosi chronią choć trochę swoje dziedzictwo. Pamiętajcie tylko, by prosić o caffe latte, a nie o samo latte. Gdyby mnie nie poprawili znajomi, dostałbym samo mleko :)
Warto też spróbować tiramisu


MOŻNA ODPUŚCIĆ
Promowany w przewodnikach pchli targ przy Porta Portese w rzeczywistości okazuje się zwykłym bazarem pełnym chińskiej tandety. Na całej długości via Portuense od Porta Portese może 5-10% stoisk to były antyki i faktycznie stare domowe i garażowe rzeczy. Im bliżej stacji kolejowej Trastevere tym mam wrażenie więcej takich właśnie sprzedawców. Można kupić niedrogie orzechy prażone na wagę. My wzięliśmy 300 g pistacji za 5 eur.

W sezonie lokale nad brzegiem Tybru ciągnące się wzdłuż rzeki między mostem Mazzini a Wyspą Tiberina. Hałaśliwie, tandeciarskie, poprzeplatane straganami z badziewiem, a do tego drogie. Nie umywają się do lokali nad Szprewą w Berlinie albo Wisłą w Warszawie. Lepiej już przejść na drugą stronę i znaleźć ciekawszy lokalik na Trastevere.

O Fontannie di Trevi i "schodach hiszpańskich" nie piszę, bo wrażenia psują remonty.

PIWO
Włoskie piwo jest niedobre. Lepiej już raczyć się winem albo kawą. Co do wina to oczywiście lepiej w kilka osób zamówić butelkę albo karafę domowego niż kupować po kieliszku.

"Don't try this at Rome"


POWRÓT


Nasza podróż powrotna skierowała nas najpierw na główny dworzec kolejowy w Rzymie, skąd odjeżdżał nasz autobus na lotnisko Ciampino. Ponieważ nie udało mi się wcześniej kupić biletów w internecie musieliśmy stanąć w kolejce. Zanim przyszła moja kolej minęło z 30 minut. W kolejce jakaś starsza pani mówiła mi coś o wizycie w Polsce i na Ukrainie, niestety mówiła tylko po włosku. Autobusy odjeżdżają dość często (na Ciampino i na Fiumicino), ale równie dużo jest chętnych. Z firmy Terravision korzystaliśmy już w Mediolanie, ale tam nie było takich dzikich tłumów. Swoją drogą nie jest to monopolista, ale nieźle się ustawił. Niedaleko obok inny shuttle bus też oferował transport na lotniska, nie było takiej kolejki oczekujących. Być może cena robiła swoje. W każdym razie zakupiony bilet należy jeszcze na co najmniej pól godziny przed planowym odjazdem wymienić w tej samej kasie (choć już bez konieczności stania w kolejce) na boarding card. W ten sposób kontrolują zapełnienie autobusu.

Kiosk firmy Terravision znajduje się na północnej stronie dworca Termini od ulicy Via Marsala. To także kawiarnia i miejsce oczekiwania na autobus, ale jeśli mamy trochę czasu w zapasie warto przejść się jeszcze po okolicy. Autobusy Terravision nie odjeżdżają ze stanowisk autobusowych po zachodniej stronie dworca. Patrzcie na wyjścia z dworca na ulicę, przez które migać Wam będą zielono-białe autokary oznaczone dużym napisem Terravision. Kierujcie się w tamtą stronę. To Via Marsala, a kiosk z kasą poznacie po kolejce turystów z bagażami.

Jest jeszcze opcja taksówkowa. Koszt dojazdu na lotnisko jest ściśle ustalony i wynosi 30 euro w przypadku Ciampino i 48 w przypadku Fiumicino. Autobusu to chyba nie przebija.

TUTAJ UWAGA Na dworcu Termini panuje taki chaos, ludzie biegną w różne strony, że naprawdę łatwo paść ofiarą. Wystarczy, że zatrzymaliśmy się na chwilę, by rozejrzeć się w poszukiwaniu napisu Terravision. Od razu podchodzą jakieś dziwne postaci z pytaniem, czy nie pomóc. Radzę także mocno pilnować torebek. Jadąc jednym z ruchomych chodników, Kasia nieomal nie padła ofiarą złodziejek, które dobierały się jej do zamka torebki. Dla szukających wyciszenia - w przyziemiu dworca jest kaplica.

PRZECHOWALNIA BAGAŻU na Dworcu Termini
Warto tylko w przypadku dużego i nieporęcznego bagażu, z którym trudno się poruszać po ulicy i jeśli masz więcej niź 3 godzinki wolnego czasu. No i tylko jeśli w Rzymie jesteśmy przejazdem, a odlot samolotu czy odjazd pociągu dopiero wieczorem. W innym wypadku naprawdę szkoda 6 eur od sztuki bagażu za 5 godzin przechowania. Zwłaszcza że swoje trzeba także odstać, by ten bagaż zdać. Jeśli jednak komuś zależy, przechowalnia bagażu jest dość łatwo dostępna i wyraźnie oznakowana na terenie całego dworca (left luggage).

Ponieważ mieliśmy mniej niż trzy godziny do odjazdu, postanowiliśmy przejść się jeszcze coś zjeść z naszymi torbami na kółkach. Poleciłbym pizzerię na końcu Via Genova, gdyby tylko była otwarta w poniedziałki. Wspominał o niej każdy przewodnik o Rzymie, no ale niestety w poniedziałki nieczynna. Wybraliśmy więc lokal kilka metrów obok - Dolci Dolcezza. Micha różnych makaronów i warzyw do wyboru, a do tego jest to także kawiarnia.

Dojazd na lotnisko Ciampino z centrum Rzymu zajął nam jakieś 25 minut, choć maksymalny czas przejazdu komunikowany przez Terravision to nawet 45 minut (może zdążyliśmy po prostu przed korkami). Uprzejmie proszą na ekranach, by nie ustawiać się do nadania bagażu wcześniej niż dwie godziny przed swoim lotem. Ciampino to także baza Ryanair. Poza nim na ekranach widziałem jeszcze tylko jakiś jeden zabłąkany lot WizzAir, co dziwne, bo myślałem, że akurat oni latają na FCO.


Lotnisko niezbyt wielkie. Są automaty do wydrukowania sobie kart pokładowych, kącik z jedzeniem (w strefie airside powtórka - parę fastfoodów), sklep z gazetami i  pamiątkami, sklep z bielizną damską, kantor (złodziejski kurs eur-pln 3,5-4,8). Po przejściu przez ochronę można poszaleć w sklepie wolnoccłowym Aelia. Naprawdę zaskakująco niskie ceny. O makaronach (różne i kolorowe od 4 eur) i oliwie już wspomniałem. Ale np. cena kawy illy w puszcze 250g to 9,5 eur. Dobre ceny perfum. Polecam skosztować wyrobów oferowanych przez cukierenkę po przejściu przez kontrolę. Łatwo ją znajdziecie. Mają rury z serem ricotta z rozmaitymi nadzieniami - czekoladowym, pistacjowym, pomarańczowym.


Nasz boarding na lot FR7025 spóźniony o 10 minut. Chyba samolot przyleciał po prostu później, ale z hali tego nie było widać. W międzyczasie obserwujemy kilka małych lądujących rządowych samolocików. Poza korzystnymi zmianami co do limitu bagażu w Ryanair reklamy mówią jeszcze o możliwości zabrania na pokład bezpłatnej torby z zakupami z dutyfree. Jeśli bagaż podręczny nie wejdzie już do kabiny przy samolocie odbierają go i pakują do luku. Samolot EI-ENW po przylocie do Modlina odbędzie jeszcze tego wieczoru lot powrotny do Rzymu. Kapitan (Anglik albo Irlandczyk) przeprasza za opóźnienie, jednocześnie nie mając dla nas dobrych wieści o pogodzie w Warszawie - 25 stopni ale burza z ulewą.

Na pokładzie trochę wolnych miejsc - więcej niż podczas rejsu do Bolonii. Dużo wolnego miejsca na półkach na bagaże. Kapitan zapowiada 2 godziny lotu - ruszamy pół godziny po czasie, Po starcie samolot zawinął nad Rzymem - widziałem pod nami charakterystyczny klockowaty budynek dworca Termini z odbiegającymi od niego strunami szyn, a także nie mniej wyraźny biały budynek Pałacu Republiki. Tym razem moje miejsce to 18F, dokładnie na skrzydle, jeden rząd za wyjściem awaryjnym.

Kapitan odezwał się jeszcze jakieś 45 minut przed lądowaniem. Wspomniał, że przelatujemy nad granicą czesko-polską i zaraz będziemy lecieć nad Krakowem. Uprzedził o późniejszym o 15-20 minut lądowaniu ze względu na opóźniony start z Rzymu. Za oknem było widać brzydką pogodę, lecieliśmy cały czas w jakichś szaroburych chmurach, czuć było turbulencje, ale do zniesienia. Lądujemy jednak prawie punktualnie, na dworze 22 stopnie i szarówka, deszczowo, ale ciepło, nawet duszno. Dobre powietrze po deszczu, ale ja już tęsknię za słońcem i upałem. Ale potem to się dopiero rozpada :)

Po wyjściu z samolotu widzimy jeszcze maszynę startującą do Gdańska i kolejkę pasażerów czekających na wpuszczenie ich do "naszego" samolotu na podroż do Rzymu. No to my jeszcze czekamy na bagaż i dzwonimy do panów od parkingu. Jak się okazuje, już na nas czeka. Tym razem busik zabiera na parking komplet pasażerów.